✶  CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  ✶

Poetósfera › La Biblioteca › Juliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Poeta i natchnienie

polaco

Atesso!...

Jestem... alem uciekała,

Bo mię ta dziwna pieśń... w otchłanie niosła.

Wszak wiesz, żem z tobą razem zmartwychwstała

I razem z tobą znów różana rosła.

Wszak wiesz... gdzie oliw czarny gaj i skała,

I srebrne... ogniem ozłocone wiosła;

Wszak wiesz... ta chata nasza bez zapory,

To falerneńskie wino... i amfory...

I w ścianach różne marmuru odłamy

I strumień, co tam w takt lutniowy ciecze...

Wszak ty pamiętasz — bywało, czytamy,

A ja Eschyla tobie rym kaleczę;

A gdzieś daleko... na Pnyxie u bramy,

Słońce... na tańcu piryjskiego miecze

Wzięte... przez liście cytryn się przeciska

I w oczy nasze zamyślone błyska...

Tam chór prowadzą młodzieńce na polu,

A tam z Hymetu księżyc biały miga...

Dosyć, o duchu biały... bo mi z bolu

Znów serce pęka...

O! ten sen mię ściga...

O straszny Boże burz... o ty, Eolu,

Coś ze skał wiatry wypuścił na Fryga,

Dziś pomieściłeś wszystkie Akwilony

W grobach... i z mogił twoich dmiesz szalony. —

Spokojnie, o mój kochanku...

Spokojnie!

Jesteś jak Nimfa echo...

Nimfa echo.

Ja ci mówiłam po Farsalskiej wojnie,

Że mak, co rośnie pod Greczyna strzechą,

Nie uspi... harfa, chociaż zagra strojnie,

Chociaż wesoło... nie będzie uciechą,

Że piękność kształtów będzie w sercu brzydła,

Wtenczas wyrosły mi motyle skrzydła.

I poleciałam... gdzieś na jakąś górę,

Nad którą słońce w krwi, księżyc w zaćmieniu,

Męka, co całą męczyła naturę,

I krzyż na słońca czerwonym pierścieniu,

A ja... w te śmierci otchłanie ponure...

Na moich skrzydeł tęczowych promieniu

Lecąca... jako dziś... patrz upior blady,

Ja, pierwsza... z różnych piękności Hellady.

Czemu nie patrzysz na mnie... o! czy żal ci

Mojego włosa... pełniejszego łona...

I ducha tego, co jak czarę kształci

Pierś i pięknością oblewa ramiona. —

Teraz patrz — wiatr mi kształt spokojny gwałci;

Gdy zadrzysz — jestem ja sama wzruszona,

Oczy się moje jak szafir krysztalą,

Rany na nogach i rękach się palą...

Rany twe płoną — widzę — szafir nocy

Ma z twoich strasznych ran cztery pochodnie.

Pal się! Nie mogę żadnej dać pomocy,

Tylko to powiem, że przez krew i zbrodnie

Szukałem ciebie, rosnąc w piękność mocy,

Która po twojej trzyma niezawodnie

Najpierwsze miejsce u samego Boga...

On wie, ze w moim duchu nie miał wroga.

Lecz ty aż teraz, jak krzyż zapalony,

Przyszłaś, kiedy ja wichrem nieszczęść zbity,

I tak jak sztandar kulami zniszczony,

I tak jako hełm Hektora — bez kity,

I tak jak harfa, co straciła tony,

I tak jako trup w grobowcu odkryty,

Na bezlitośne wystawiony wzroki

I tak mający swój zgon, jak proroki,

Walę się w prochu. Gdzie byłaś siostrzana

Duszo, kiedym ja cierpiał? czy pod krzyżem

Z tęczowych twoich skrzydeł oberwana

Smiałaś się?... gdym ja stu tysięcznym spiżem

Na świecie Imie obwoływał Pana,

A sam — spędzany zawsze skrzydłem chyżem

Smierci — musiałem nędzny grób rozrywać

I sam przychodzić — i znów odlatywać...

Gdzie byłaś, gdym tu nareszcie za karę

I za ostatni los — z potęgą słowa

Wstał, słysząc w duchu jakieś wieki stare,

Których ogromna szmerność podgrobowa.

Przy tobie byłam; przez powietrze szare

Snułam się cicho, jak wizya tęczowa;

Obłok nas jeden tylko dzielił cienki,

Taki łagodny, jako róż jutrzenki.

W dzieciństwie twoim samotna — a potem

Musiałam z większą liczbą mar przychodzić,

Cicha — gwiazdowym uwieńczona złotem,

Smętna, że duszy twojej rozpogodzić

Nie mogłam. Przestań już pamięci lotem.

W dawnych się wiekach twoją myślą rodzić.

Patrz, jak w stygmatach piękna, w górne sfery

Lecę, ran niosąc zapalonych cztery.

Nad tobą wyżej...

Co?

Trzy milijony

Słońc i duch jakiś...

Co? posłaniec Boży?

Tam głębszy szafir — z pod słońca korony

Na trzech obłokach niby lekkiej zorzy,

Jak jaka srebrna lampa zawieszony,

Pali się miesiąc — liczba gwiazd się mnoży,

Wyiskrza szafir, zda się jak stal prysnie,

Coś w nim od słońca jaśniejszego błysnie.

Ach! od słońca by w oczy mi nie biła

Taka ogromna jasność, jak z tych oczu

Spuszczonych! cały swiat rozweseliła,

Oblana słońcem złotym po warkoczu;

Taka miłości w niej ogromna siła,

Że gdy stanęła na ciemnym przezroczu,

Słońc się girlandy — niby zawrócone

Żórawie — wiążą w nadświętą koronę.

Siostro! twe rany mocniej się płomienią,

A z twoich oczów wesołość wylata,

I szaty twoje się jak tęcze mienią,

I pierś wzniesiona — i skrzydli się szata.

Nie leć! te słońca ciebie opierścienią,

Jak powój, który kolumnę oplata;

I tam zostaniesz, statui starożytnej

Podobna — śród słońc złotych — przy błękitnej.

O nie zostanę! bo w tej gwiazd powodzi

Ona się zniża, i z duchami swemi

I na miesiącu swem na ziemię schodzi,

Bo zapragniona jest znowu na ziemi,

Oto więc na swej półmiesięcznej łodzi

Płynie, rękami sypiąca złotemi

Litością miłość... dawno tak widziana

Na wyspie Patmos przez świętego Jana.

Patrzaj na ciemne, szmaragdowe lasy,

Zniżyła się tam i rzuca z pod siebie

Dwa wielkie tęczy rozwiniętej pasy,

Które się od niej zaczęły na niebie.

Przychodzą nowe na swiat Pańskie czasy;

Niechaj umarły swych umarłych grzebie!

A ty, nie maż ust swiatowym piołunem,

Ale tej łaski Pańskiej bądź zwiastunem!

Widzę, jak oczy twe swiatłami skrzą się

I za tym widem przeszły i wróciły

Bez łez... Czyć zawsze napisano w losie

Nie być miłości duchem, ale siły!

Mów do mnie! może w twoim smętnym głosie

Nie będzie echa podziemnej mogiły.

O nie! ty cały łamiesz się w boleści,

A twoja ręka szuka rękojeści.

To nic — jam pobladł... duch mój jest otchłanią

Tęsknot i musi strzec się własną mocą.

Czuję, że gdybym ja poleciał za nią

Tam, gdzie te swiatła całą ziemię złocą,

Byłbym jak jedna z gwiazd, co się tumanią

I przez tęczowe jej rąbki migocą,

I już... już własnej twarzy mieć nie mogą,

A ja tu czekam w ciemności —

Na kogo?

Żaden duch nie jest bez przyjaciół własnych,

Żaden głos nie jest bez ech — po za swiatem.

Raz ja nad Ikwą po mych łąkach jasnych

Błądząc, znudzony błękitem i kwiatem,

Bo mi w pamięci koral twych ust krasnych,

Co perły takim obwodzi szkarłatem,

Jasniej się palił — i twoje oblicze

Skrzyło jak słońce myśli tajemnicze;

Znudzony, że mój głos tu nie pomaga

Ludziom w niewoli, ogień serca pije,

A ciągłej szczęścia ofiary wymaga

I ciągle serca mego jadłem żyje,

A tu na swiecie inna jakaś waga

Waży wypadki... człek podłością tyje

I spity winem, pieśń, co aniołowie

Dają, za pościel kładzie i wezgłowie: —

Siadłem pod chatą kobiety cmentarnej,

Co odmykała trumnom kołowroty,

I pełny byłem wtenczas myśli czarnej

Jak Brutus, który na twarz białą cnoty

Krwią swoją rzucił. — A u gospodarnej

Kobiety były z malw ogromne płoty,

I z nędzą piękność połączona sielska,

Że chata się ta zdawała anielska.

Wszystko mi jakiś wzrok duchowy, blady

Przemieniał w dziwy: zda się rószczką trącę,

A te malwowe z tęczy kolumnady

Dostaną nieba; a te pałające

Cynowe miski, to wróżce na składy

Rusałki swoje oddały miesiące,

A te na półce girlandami świecą

I gdy kur nocny zapieje — wylecą.

Ja byłem wtenczas dziecie — lecz do gliny

Kiedy wejdziemy, my straszniejsi z duchów,

To mamy straszne w dzieciństwie godziny,

Gdzie duch bez żadnych więzów i łańcuchów

Ma ostrzeżenie. W mogilne doliny

Chodziemy chętnie — niby dla podsłuchów

A duchy wtenczas rozmawiają z nami

Same lub tylko natury ustami.

Otóż i wtenczas w myślach moich zamęt,

Zwątpienie było — rozpacz nad zabitą

Polską... Gdzież, rzekłem, jest taki sakrament,

Coby w niej martwej chodził siłą skrytą,

Jak krew żyjąca? — Taki był mój lament,

Który me oczy wnet zamienił w sito

Siejące perły łez. A wtem od Boga

Przyszła nauka wielka i przestroga.

Skrzypnęła czegoś jedna stara belka

I poruszyła gniazdo jaskółczychy;

Z gniazda wypadła ptaszyna niewielka,

Bez pierza, mały, zimny trupek, lichy;

Więc potem tego dziecka rodzicielku

I ojciec w domek przylecieli cichy,

Prosto do gniazda, do swojego kątka,

I nie znalazłszy swojego dzieciątka,

Wyszli oboje. — Boże! z jaką wrzawą,

Wie matka, której ludzie dziecko skradli;

Wreszcie ujrzeli go pod moją ławą, —

Oboje z niebios jak martwi upadli,

Ojciec na lewo, a matka na prawo;.

Usiadli przy nim, a skrzydła tak kładli

I tak ciągnęli biedaczki za sobą,

Jak magnet, ciężką okryty żałobą.

Ale oboje... Smierć tak była świeża,

Tak niespodziana, taką zda się zdradą

Niebios, że ojciec, matka nie dowierza, —

Owszem przy dziobku jeszcze mu żer kładą,

Dziobkami ciałka probują i pierza.

A ono z główką wyciągniętą, bladą,

Z początkiem tylko dziecięcych skrzydełek

Leży, jak srebrny na herbie orzełek.

Więc — o! niewiaro cudna, rodzicielska,

O! długie, piękne tych serc niepokoje,

O cudna myśli w ptaszkach, już anielska! —

Za skrzydła wzięli dzieciątko oboje,

I wyżej... niż tam brzoza, nimfa sielska,

Rozrzuci swoje girlando we zwoje,

Podnieśli... myśląc, że w nim lot roznieci

Życie, że z dziobków puszczone poleci!

Tak połączone przez biały dyament

Stało nademną w niebie biedne stadło.

Potem je może zdjął rozpaczy zamęt,

Bo upuścili dziecko... a te spadło;

A oni siedli nad nim znów i lament

Taki podnieśli, że mi lice bladło,

Serce bolało, tak jak dzisiaj boli,

Bo coś tam dla mnie jest w tej paraboli.

O tak! nim ja w śmierć ojczyzny uwierzę,

Chociażby jak trup w grobie leżąc zbrzydła:

Potargam wprzódy ją pieśnią za pierze,

Porwę ją wprzódy na pieśniane skrzydła,

Porwę ją z ziemi, tak jak wicher bierze,

Stargam łańcuchy wszystkie, wszystkie sidła,

Podniosę w niebo, aż gdzie Pan Bóg swieci,

Puszczę... jeżeli żywa — to poleci.

Dziecinna to myśl! co... duma dziecinna!

Jam się sam rozbił piersią o granity,

Ale głos ani też lutnia — nie winna.

Cóż ty mi teraz pokazujesz swity,

Gdzie inna matka, i królowa gminna,

Dzieciątka swoje podnosi w błękity,

Tak lekko duchy podnosząca wolne,

Jakby z rąk brała piękne kwiaty polne.

Cóż ty mię smucisz tym pięknym widokiem

Tęcz i błękitów? za mną inna strona

I duchy, co się na pieśń zbiegły tłokiem,

Od których była już ogniem czerwona,

Ich tchem trująca, tętniąca ich krokiem.

Dobranoc! — harfiarz wasz posępnie kona!

Klnie wam i kona... precz straszydła stare!

O siostro! odpędź odemnie tę marę!

W powietrzu widzę trzy...

Trzy przyszły razem?

Twój włos zjeżony operlił cię potem!

Patrz! za cerkiewnym, o! tym bohomazem

Powietrze cale się wydaje złotem.

Zapewneś przyszedł od duchów z rozkazem?

Albo mi lirą powiedz — albo grzmotem!

Tak zwykle gadał — gdy mu się podoba,

To w jęku głosy te połączy oba.

Teraz nie mówi nic; lecz stoi srogi

I zda się, twarz mi swoją w pamięć wraża.

A tamten — patrzaj, tak piękny, jak bogi —

Który wygląda także na harfiarza,

Ale instrument ma bardzo ubogi,

Sam widać był tej harfie za stolarza —

Dziwna!... rybie w niej srebrzą się ościenie

I labradorskie Sybiru kamienie.

Struny, podobne do starych badylów,

Pod palcem tego ducha drzą spruchniałe.

A co? czy dobrze na niej panna Nilów

Grała, wywiodłszy ciebie gdzieś na skalę

Kamczatki, kędy jasne roje gilów

Latały słuchać, gdy jej rączki białe

W powietrze pełne mgieł, duchów i szronów

Lały z tej harfy girlandami tonów?

O powiedz, jakie ci sny o młodości

I o twej miłej ojczyźnie wyjęczał

Jęk tej źle z renów ostruganej kości

I tej dziewczyny głos, który wyręczał

Anioła stróża, a ty — o litości!

W oczy jej patrzał czyste, u nóg klęczał,

A drugą myśli połową pieśń mijał,

Palił dom, ojca w płomieniach zabijał.

Powiedz, czy w harfie tej dziś jest żałośny

Tego dziecięcia jęk i skarga cicha?

Czy ty pomiędzy aniołami głośny

Tą harfą? Czy ci ręka nie usycha?...

Patrz... ten duch, niegdyś tak mało litosny

Temu dziewczyny sercu, teraz wzdycha

I lirnikowi palcem pokazuje,

Jakby chciał mówić: patrzaj, on to czuje!

Precz bladzi! — i ten trzeci, co nad głowy

Wyciąga ręce i nad wami trzyma

Swój wielki, bardzo ciężki krzyż cynowy,

Niech mię nie prosi łzawemi oczyma!

Stary swiat skonał... nie zaczął się nowy.

Dla takich duchów, jak wy, miejsca nie ma!

Lećcie i w nową zorzę się rozpłyńcie

I bądźcie nowi duchem — albo gińcie!

Stój! oni wszyscy z wiarą i nadzieją.

Pozwól im swojej duszy jak kościoła,

Gdzie teraz żadne lampy nie jaśnieją!

Kto wie, przez ciebie jaki głos zawoła,

Gdy będą w tobie... Patrzaj, jak pięknieją!

Ogień im tryska z nóg i z rąk i z czoła —

To wielkie duchy i wydarte niebu!

Czegóż odemnie oni chcą?

Pogrzebu.

O tak! grabarzem będę. Ten wid złoci

Z Mgły mej pamięci, siostro, i twój wieniec

Z gwiazd, do ogromnych podobny stokroci,

Dziwny ci na twarz rzuca półrumieniec;

Ty jak konwalia na ziemskiej wilgoci

Łez, dobrze kwitniesz — a ja, potępieniec,

Dobrze w natchnienia żyję dzikim wichrze

I serce wtenczas mam lepsze i cichsze.

I ja to widzę, że wola Jehowy

Jest, aby nowy swiat stanął przed świtem,

Nie pożałuję ręki ani głowy,

Gdy przyjdzie pora. Ale pod błękitem

Gdzież jest kto świeży i zupełnie nowy,

By swiat od razu jednym zbił granitem?

Z uchy, co duchów oszukują, złe są.

błękitów do mnie, Atesso! Atesso!

Swiadcz o mnie, czym ja kiedy Polski ducha

W żywotną jego część i w serce ranił?

Czym gdzie zobaczył pleśń, szczątki łańcucha,

Fałsz, co zrennice swiatłAmi tumanił?...

Nigdy na Boży głos nie była sucha

Zrennica moja, choć mię Bóg oszklanił

W koło... jak ludzi oddziela fatalnych

Od ludzi — światem rzeczy niewidzialnych.

Teraz już serce moje pełne śniegu,

Który tam zima uczuć napruszyła:

A przyjacioły moje już do biegu

Swiat Boży pędzą, jest w nich Bóg i siła.

Może też Bóg chciał, aby w tym szeregu

Z ludźmi żywemi ma jedna mogiła,

Rażąca dziwem takiego sąsiedztwa

Nie dla pospiechu, ale dla swiadectwa

I dla przestrachu... I tak się do ruchu

Wiąże girlanda wiosennych żórawi.

W kraju tam jeszcze o tem ani słuchu,

A tu już ducha krwią naszego krwawi,

Serce przy sercu stoim, duch przy duchu;.

Bóg rozkwitnieniem w nas serc błogosławi,

Janowych widzeń ozłaca zapałem,

Chrystus krwią poi i nakarmia ciałem.

I już nam widać przez oczy proroka,

Jak Polska nowa na stolicy siada,

Kopułą duchów swych świętych wysoka,

A nizka, kiedy przed Panem upada;

A kiedy patrzy w swiat, orlego oka;

A jako tysiąc harf, gdy z Panem gada,

Oblana wdzięków dziewiczych szkarłatem,

A jako tysiąc grzmotów, gdy ze światem.

O daruj Panie!... tej wielkiej pustyni,

Co się w marmury i w twój krzyż ubrała;

Jednego wieszcza mię rym smielszym czyni,

Że tego wiary katolickiej ciała

Dotknę się... Ślimak, który kwiaty ślini,

Tak ich nie brzydzi, jako ta zuchwała,

Fałszywa, dawna po Cezarach wdowa,

Kościół, — bez ducha Bożego i słowa.

Mój Ukraińcu! nie wołaj tam Jana,

Niech spi pod swoją lipą czarnoleską,

Cóż jego biedna lutnia — siostra dzbana,

Pod tą kopułą złotą, pod niebieską,

Troska w niej życia jest poprzeczuwana,

Lecz ta, co leży pod trumnianą deską

Dziś błyskawicą rozdarta północną,

Nigdy mu głowy nie zajęła mocno.

Innego trzeba w Rzymie przewodnika,

I ten już idzie, duch prawdy i wiary.

Tego weź, niech ci kościoły odmyka,

Niech Sobieskiego potrzęsie sztandary.

A z tego pyłu niech oczy lirnika

TworząTworzą chodzące po kościołach mary.

Precz z niemi — nudzą mego ducha, łamią,

Ten swój sybirski instrument przynosi,

A dziś muzycy tak na strunach kłamią

Czucie, — że serce pęka — łza cię rosi,

A oni, jako stawy zaszłe szlamią,

Przez nerwy sączą żółtą krew. Kto głosi,

Że pieśnią do łez poruszy słuchaczy,

Ten musiał wprzódy zwaryować z rozpaczy.

Nie tak, pamiętasz, my... Najokropniejsze

Godziny nasze przeszły w takiej ciszy...

................

................

................

................

A oto wyszedł, — jakby Rafaela

Tarcza okryta różnym malowaniem,

Księżyc i zagrał pierwszą pieśń wesela,

Wyszedłszy świecić przed samym zaraniem,

A z niego wielki miecz płomienny strzela,

Nazwany w niebie niebieskim nazwaniem,

Przed którym zadrzy i fałsz i pokusa,

Lecz nikt nie dźwignie miecza — prócz Chrystusa!

On na nim ręce skrwawione położy,

Potem podniesie i trzy razy mieczem

Niebiosa całe rozetnie, otworzy;

Wtenczas my duchy pod gwiazdy ucieczem,

Bo z nieba wyjdzie na ziemię duch Boży;

A my z tej ziemi mgły i chmury zwleczem,

By się spotkała jej twarz z Bożą twarzą,

Wtenczas się słońce i gwiazdy przerażą.

Swiętych zobaczysz pańskich w jednej stronie

Podobnych chmurze słonecznej, — Marya

Stać będzie w słońcu, na złotym wrzecionie

Kręcąc, jako ta, która tęcze zwija;

A po tych tęczach aniołowe konie

Będą latały — a szatan jak żmija

Będzie je straszył wielkim dymu kłębem

I językowym je zhuka trójzębem.

Potem to wszystko razem się zasunie

Mgłą... i by lampa zgaszona zagaśnie;

I tam na ziemi po nocy coś runie

I echa niebios tak zajęczą właśnie,

Jak kiedy piorun idzie po piorunie.

A potem zagra po skałach i zaśnie;

I znów się zwali coś z odgłosem strzału

Smętniej, jak echo pierwszego powału.

Wtenczas na niebie wyjdzie anioł blady

Z lampą olejem napełnioną smolnym

I rzeknie: »Gdzie są ciał i kości składy,

Abym je palił lampy ogniem wolnym?«

To mówiąc, pójdzie i różne gromady

Trupów oswietli, i ogniem okólnym

Lampy stosy ciał będzie oczerwieniał

A ciągle idąc, strach i miejsce zmieniał.

Miejsce, gdzie przejdzie, będzie zwane drogą

Poszukiwania, nakształt czarnej szramy.

A idąc anioł ów nadepce nogą

Grób — i wykrzyknie: »Rola haicedamy!

Tutaj się ludzie nassać duchem mogą,

Ale zamknięte są już srebrne bramy

I dzieli tu biały powróci nieskoro!«

To mówiąc, lampę rzuci w krwi jezioro.

I znów się stanie noc i z końców obu

Swiata płacz wielki pójdzie, jak z bożnicy.

Potem aniołki od świętego żłobu,

Jak białe róże od Bogurodzicy,

Sypiąc się rzekną: »Czas ci wstawać z grobu!

Wstań bez korony złotej i zbroicy,

Płomieniem serca świecąca od łona,

Wstań, jakąś była w grobie położona «.

A wtenczas mgła się ze słońca usunie;

I ta, co była w słońcu, znów odkryta

Rzeknie; wy słońce w jej znajdziecie trunie

I stratowany miesiąc przez kopyta.

Niech tak na zorzy pokaże się łunie

Piękna, jak piękna leżała zabita!

Niechże tak chwałę wskrzeszenia opowie

Z księżycem u nóg — ze słońcem na głowie.

Potem się w pierwsze bicie serca wsłucha

I rzeknie z wielkim uśmiechem: »O Panie!

Nie ciała jestem wskrzeszona, lecz z ducha,

Niech mi się jako służebnicy stanie!....«

................

................

...(W autografie karta wydarta.)...

................

Tak nieraz stojąc stary majster cechu

Z chorągwi jednej sklepienie uczyni

Dla trzystu ludzi — albo gdy na blechu

Rozciągnie płótno dobra gospodyni;

Tysiące kwiatków nie widzi uśmiechu

Słońca i oczu Efeskiej bogini,

Ale się muszą poddać — z tą nadzieją,

Że płótna wkrótce słońcem wysrebrnieją

I będą zdjęte. — Jestem z liczby kwiatów

Podobrusowych, często słyszę ślepy

Nademną jakieś kruszenie się światów,

Szczepienie duchów nowych w stare szczepy,

Pszczelny brzęk niby naszych antenatów,

Idących pomóc. — Lecz że ja do rzepy

Płonącą swieczką włożę, pisząc wiersze,

Nie widzę, abym widział swiaty szersze.

Zawszeż ta bojaźń o nabyte skarby

Pracami wieków? zawszeż nieujęcie

Twojej tęczowej myśli w żadne karby?

Zawszeż ci błoto cielesne na wstręcie?

Gdybyś mógł stopić twoje wszystkie farby

W jednym miłości Bożej dyamencie

I zostać chwilę w czystym bezkolorze,

Miałbyś zeń potem wszystkie ognie Boże.

Przedlotem ducha swiaty byś wyminął,

Wiedział o niebie, nim się inny dowie.

Mrówko! nie będziesz ty przezemnie słynął,

Ja ci się strzaskam jak piorun na głowie;

Ja, z którąś dawniej ty jak łabędź płynął,

Kiedyś był nowy i sił nie miał w słowie.

Teraz, gdyś wylał ducha serca krzykiem,

Mam cię, niższego, moim niewolnikiem.

Nie drgaj mi jako struna, co chce pęknąć,

Bo mi nie pękniesz, lecz będziesz jak struna,

Która gdy rani, to krwią musi zmięknąć —

Lecz tobie strachu trzeba... Patrz, tam łuna

I księżyc, co chce jak umarły jęknąć,

Taki boleśny! Tam morze i truna,

Którą prowadzą fal czerwonych nogi —

Patrzaj!... w trumnie ten, co prostował drogi.

Czy widzisz żagli tych trumnianych bicie

W opiekielnione złemi duchy fale?

Bo się nie siarką wy bez fal palicie,

A piekło nie jest w niebie, ani w skale;

Lecz jest to duchów do ziemi przybicie,

I krzyż — i po ciał władzy gorzkie żale,

I czas powrotu do ciał niewiadomy,

I czyn, co w piersiach grzmi, jak puste gromy.

Czasem się zbiją i prą całą ścianą

Naturą — a ich oddech mniej tu waży,

Niż tego dziecka, co bańkę mydlaną

Uczyni równą aniołkowej twarzy.

Rozpacz im dano, a skargi nie dano!

W niejednym wulkan się miłostek żarzy

Gdyby im kształtów na kształt i kolorów,

Wymarlibyście z widzenia upiorów!

Szczęściem, że każdy niby smierć ponosi,

Gdy wchodzi w ciało i uczyć się musi

Siły — od ręki, co kamień podnosi,

Bolu — od swiecy, co rączkę mu skusi.

Więcej się złego obraca na osi

I siły, która Iskrę Bożą dusi,

Niźli ty myślisz. — Patrz, czy nie przeraża

W tej zorzy duchów ta trumna mocarza?

To jak kolenda, którą w domu dziada

Słyszałem! Idą pasterze! pasterze!

Patrzaj, znów jasna na stolicy siada

I od Łotyszów dawny piorun bierze,

A drugi jej grom zdala odpowiada,

To Rzym... to klątwa... to straszne przymierze

Z trupami... łączcie prawice do prawic,

O ducha teraz, Boże! — i błyskawic!

Straszna, milcząca, powiedz?... Więcem nie miał

Grzechu, bijąc ten fałsz w Chrystusa słowie,

Co siły Bożej nie pił i nie wzięmiał

I z swiątyń Pańskich uczynił pustkowie,

A w zmartwychwstania dzień wielki oniemiał.

Jak człowiek, co wie prawdę lecz nie powie,

I tak się chował pod wypadków połę,

Jak chłop, co w piekle myśli wozić smołę.

Tak jest zaprawdę jakeś odmalował.

Błyskawicami bity gmach był dawno,

Dante, Bokacy... i ten, co wychował

Kopernikową sierotę i sławną

Nogą odpowiedź na wieki wykował,

Głowy schyliwszy przed powagą prawną,

I wielu innych. Ty, co w kościół wierzysz

Jak oni — bijąc go — do nich należysz.

Od czasu jako zaprzestał soborów

I gwałt uczynił duchowi w tej przerwie,

Sobory były ze słońc i kolorów,

Tam gdzie najczęściej przy męczeńskim ścierwie,

Pod szubienicą z kruków i upiorów

Była girlanda, Teraz wiatr się zerwie,

Który kolumny kościoła okręci,

Te wszystkie — których nie podparli swięci,

I zniszczy... Oto wielkie rozwidnienie

...Ducha rozlewa się.......

Więc żem ja dobrze służył słowu Pana,

Kiedym się wzdrygał na tej lutni głosy,

Co jak ptaszyna, lotem zmordowana,

Siada... probuje siąść na wszystkie kłosy,

I znowu pierzcha, więc tu jedna ściana

Wiary, na której tyle jasnej rosy

Tęczowej leli malarze, już runie...

Pozwol mi myśleć jeszcze o tej trunie...

O tam są siostro, Rafaela loże

I te sufity gdzie.....

I zniszczy... Oto wielkie rozwidnienie

Ducha rozlewa się. O, Jeruzalem,

Ubrana w żywe błękitu promienie

Schodzi... a mur jej perłą — wał koralem.

Pierwszy duch, który słońce zrobił cieniem

Dla ziemi — a tę dla słońca opalem,

Już urodzony... chór na ziemi zbiera,

Czuje go kamień i morze i sfera.

Biedni to teraz; widzę ich jak stoją,

O swej ojczyźnie zadumani, w bieli,

O swej ojczyznie tylko ziemskiej roją,

A przez nią będą tylko tak lecieli

Jako żórawie, co słońce rozdwoją

Girlandą długą... i gdzieś w mglistej bieli

Znikają, — dziecko zniknieniem zasmucą,

Ale chłop stary wie, że z wiosną wrócą.

.................

.................

.................

.................

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 186 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Podróż na wschód — Podróż konnaPogrzeb kapitana Meyznera →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Poeta i natchnienie
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-poeta-i-natchnienie--juliusz-sowacki-b9b66a
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Poeta i natchnienie», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-poeta-i-natchnienie--juliusz-sowacki-b9b66a.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. No pedimos datos personales para avisar de una errata; para otra cosa, escríbenos desde Sobre la casa.