✶  CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  ✶

Poetósfera › La Biblioteca › Juliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Sen srebrny Salomei — Akt drugi

polaco

Moja Anusiu siądźmy w téj altanie.

Sama się boję chodzić po ogrodzie.

Czy strach Panience?

Powiedz mi czy w modzie

Teraz u ludzi słowików śpiewanie?

Nie Panno, teraz w modzie klawikordy.

Głupiaś! — W zapachu kwiatów są akordy

I różne wielkie na świecie muzyki. —

Powiedz mi, czy dziś w modzie są krwawniki?

Tfu! to horrendum, małéj szlachty kamień.

Więc mi ten pierścień krwawnikowy zamień

Za pierścioneczek chłopski, srebrny, gładki...

A choćby z kilku szkiełek były kwiatki

Weź go i przynieś mi, proszę, do parku...

Jak to? prostego pierścionka z jarmarku?

Skądże Xiężniczce to dziwne zachcenie?

Nie wiem, nie powiem, że miałam widzenie,

Bo widzeń żadnych, ani snów nie miewam;

Choć często bardzo drzémię i poziewam

Łowiąc ustami, jak mówią, skowronka. —

Dla czego ja chcę srebrnego pierścionka? —

Może mię jaki kozak ze snu budzi,

Może ten kamień krwawnikowy nudzi,

Może na palcu krwi kolorem straszy. —

Ach zgub ten sygnet, albo zjedz go w kaszy,

Albo gdzie zamień za pierścień najprostszy.

Panienka moją ciekawość zaostrzy.

Więc zrób z niéj sobie do krosien nożyczki.

Róże i nieśmiertelniczki

To są moje lube kwiaty;

Adonisy i granaty

Lubię i z malw piramidy:

Lecz gdybym mogła z opalów,

Z pereł, brylantów, z koralów

Pleść jak Oceanidy

Wieniec, na zielonéj fali,

Albo z siarki co się pali

Robić powój pasożytny,

I włos długi, rozczesany

Owijać w ten kwiat błękitny,

Palący się, kwiat siarczany;

I pokazać się téj szlachcie

Taką, jaką w myślach jestem:

Nazwaliby mnie azbestem,

I w moim ślubnym kontrakcie

Zawarowaliby sobie.

Że w domu, ognia nie zrobię,

Wioski nie spalę zarzewiem.

Skąd mi ten duch? sama nie wiem...

To wiem tylko, że mię nie to

Bawi, co tych ludzi krwistych,

I że myśli mych ognistych

Mój dowcip jest zdawkową monetą.

Ach Panno, na nasz dziedziniec

Wjechał jakiś Ukrainiec,

Który oczy, serce grzeje,

Swą rzeskością, oka blaskiem,

Widziałam jak przez aleje

Leciał z piorunowym trzaskiem,

A za nim jacyś pohańce

Nieśli, czerwone kagańce,

Podobno — jego lirnicy

Dziady, w ognia błyskawicy

Świecące się jak upiory.

A śród lip, z jego żupana,

Różne lały się kolory,

Niby od Świętego Jana,

O którym Panienka czyta

Widzenie.

A mój pierścionek?

O pierścionek Panna pyta?

Zgubiłam.

Zmów trzy koronek

A odniosą ci go duchy.

A temu co przybył Panu

Jak dać imie?

Zawieruchy

Imie, nazwisko kurhanu,

A przydomek: ludu sława.

Ten Pan, Anusiu, to Sawa.

Sawa? ten syn hajdamaki?

To on wyrżnie nas Panienko.

Chowaj się Anusiu w krzaki

Bo już ciebie ma pod ręką.

Patrz z Regimentarzem idą

I mówią oba o rżnięciu.

Przedstawię ciebie panięciu

Ładnemu...

Ty zaś Cyprydo

Lub Hebe, zaraz nam musisz

Nalać ze srebrzystéj stągwi. —

Jest to wódz lekkiéj chorągwi

Pan Sawa.

Tobie zaś powiem

Że jéj łatwo nie ukusisz,

Bo ją Bóg obdarzył zdrowiem

I dowcipem, więc jest harda,

Jako alabastry twarda.

Nie proś o nic — bo się słowy

Jak wężyk mały wymyka;

I nie wdawaj się w rozmowy

Bo zapomnisz z nią języka.

I nie mów z nią o miłości

Bo doświadczysz z nią trudności,

Bolu głowy, snów gorących,

I takich feber trzęsących

Że świat przeklniesz. — Dodam i to

Że jest z mym Lwem zaręczona.

To fałsz.

Jak to! fałsz? kobiéto!

Zastanów się — ty szalona!

Podstępna znowu jak liszka!

Na sygnet świętego Franciszka

Przysięgam żeś mi przyrzekła.

Sygnet rzuciłam do piekła.

Kto mi go wyrwie z płomieni

I odda, ten się ożeni.

Widzisz... fantastka dziewczyna!

Idzie za mojego syna

Ale się jeszcze z tém chowa.

Cóż ty na to? ani słowa?

Cóż?

Jaśnie Wielmożny Panie

Winszuję.

Chodź! chodź, przy dzbanie...

Tak nie można — nie można na sucho...

W sercu mi teraz tak głucho

I tak ciemno, żem nie do kieliszka...

Na świętego przysięgam Franciszka,

Że ci serce to, wnet rozweselę.

Krwi dziś widziałem tak wiele!

Takie straszne nieboszczyki!

Taki mord i takie zbrodnie!

Że przez całe dwa tygodnie

Z obrzydzeniem na jadło popatrzę;

Pomnąc na te sine chłopczyki

Na jakim one teatrze

Zakrwawionym czyniły horory...

Co? widziałeś wyrżnięte gdzie dwory?...

Gruszczyniecki.

Ach co mówisz mi Wasan?...

Gruszczyńskiego chłop na wszystko rozpasan,

Przez jakiegoś obcego człowieka

Podżegnięty, wyrżnął całą rodzinę...

I przed mieczem, w step ciemny ucieka...

Ja tu mam na respekcie dziewczynę...

Więc z rodzeństwa ta jedna została.

Jakto? cały dom?...

Rodzina cała,

Bez litości, w pień wymordowana...

Proszę proszę Wielmożnego Pana —

Mam panienkę tu jego dorosłą —

Trzeba - aby się to nie doniosło

Do jéj uszu...

Nikt o tém nie powie,

Bom chorągwi zakazał surowie

Szerzyć strachu...

I widziałeś dom cały? —

Biedny ojciec! —

O słońca zachodzie

Widząc że mi koń mój biały

Utyka, a Ukraińce

Zmęczeni, kazałem w chłodzie

Na górze skąd widać Gruszczyńce

Rozłożyć się obozowi:

Sam zaś ku temu domowi

Obrócony; na te ściany

Patrząc podupadłe, stare:

Choć dom był zorzą różany,

Choć lipy i pola jare

W słoneczném błyszczały złocie,

Choć... ach dotąd jeszcze śledzę?

Czemu ja w takiéj tęsknocie

Patrzałem na kwietną miedzę

Idącą przez żyta wzgórki;

Na te łany i służebne

I pańskie, gdzie wróblów chmurki

Niby harfy szare, srebrne

Ważąc się przez błękit blady

Ulatywały na sady,

W korony śliw i czerechów;

Niby harfy pełne śmiechów,

Szmerów, świegotań i głosów. —

Patrząc na te morza kłosów,

Drzewa, miedzę: wyznać muszę

Że snów miałem pełną duszę,

Widzeń miałem pełne oczy.

Zdało mi się że ów dworek

Powietrze błękitne broczy;

Że wróble jakiś paciorek

Nad ta kalwaryjską stacją,

Jakiś smętny Anioł Pański,

Jakąś smętną suplikacją

Śpiewają do Panny Marji.

Zostawiwszy więc powstański

Huf pasący stepów trawę,

Sam wziąłem kilku z rajtarji,

I uczyniłem wyprawę,

Rekonesans na dwór Lacha.

A jeśli przyznam się kiedy

Żem w głąb serca wpuścił stracha; —

Ja — co na czele czeredy

Rzucał się na działa, smoki,

I na spisach brał pod boki

Żywe ruskie kanoniery,

I z ich bladéj, strasznéj cery

Chorągwie czynił straszliwe

Okiem łyskające, żywe,

Z śmiertelnych ludzi zrobione —

To wyznam, że strach miał oczy

Większe i bardziéj czerwone,

Że mój włos, jak wicher smoczy,

Wchodzącemu w to pustkowie

Wyżéj podniósł się na głowie.

Niechaj Pan Jaśnie Wielmożny

Wystawi sobie ów domek,

Taki cichy i pobożny.

Od Nimf Laszych, ekonomek,

Ubrany w cebuli wianki,

W malowane na papierze

Obrazki, miedziane dzbanki,

Cynowe misy, talerze

Na policach tak błyszczące

Około ścian jak miesiące

Czarodziejskie, Rusałczane:

Teraz, wszystko krwią zbryzgane

Co uniknęło grabieży.

Trupy ludzkie bez odzieży

I na ziemi i na łóżkach,

Na krwią ociekłych poduszkach;

Dziatki porąbane srodze

I na ceglanéj podłodze

Porzucone, i z puchówek

Pierze śnieżące podłogi.

Sama Pani — widok srogi! —

Dziateczki swoje bez główek

Za nóżki zimne, zielone

Trzymała; ach jedną raną

Zabita; bo otworzone

Miała żywota świątnice,

I straszną płodu zamianą —

(Jasne stepowe xiężyce

Biorę was za krwawe świadki!)

Że łono téj Polskiéj matki

Od strasznego nożów cięcia

Wyszło, na łono szczenięcia,

I stało się psią mogiłą;

Bo i szczenie martwe było

Na dnie martwego żywota!

Ojczyzno moja! o złota

Ojczyzno moja kochana!

W matkach twoich zarzynana!

I gubiona w matek płodzie!

Jeśli mój żywot na wschodzie

Czego wart? to Bóg to widzi

Że go składam na ofiarę;

I wszelką żywota marę

Składam — aż to co mię wstydzi

We mnie, krew moja kozacza

Wypłynie sotkiem strumieni,

I na węże się przemieni,

I ślady swe powytłacza

Mordem, ogniami i jadem:

A ja wtenczas wpadnę na nią

I zewrę się jak gad z gadem;

Aż stepy się rozkurbanią,

Zniknie czar, co łby podchmiela,

Prawosławna wira zgaśnie;

A we mnie, jak w niszczyciela,

Na jakim starym kurhanie

Stojącego, piorun trzaśnie.

Straszne to ofiarowanie

I ciała i mego ducha —

Bo i we mnie zawierucha

I krwi strasznéj słychać granie,

Bo miesiąców pozłacanie

Ja znam także w myśli ciemnéj,

Bo ja także duch, tajemnéj

Pełny myśli, o przeszłości:

Lecz to votum, nie śród gości

Nie przed szlachtą, przy kielichu,

Zrobił ja, ale po cichu

Tam, w jednéj wielkiéj konacie,

Przed babką rodu, co biała

Za firankami siedziała

W alkowie w ponocnéj szacie,

Jakoby Furja tajemna,

Dawno już głucha i ciemna;

A teraz, na ten mord smoczy

I krwotok z ciemnéj alkowy

Wytrzeszczająca te oczy:

Tak, jak gdyby przed nią głowy

Dziateczek z włoski złotemi

Krwawe, biegały po ziemi,

Strasząc ją razem i bawiąc:

Jak gdyby im błogosławiąc

Oczyma się podziwiała,

Że one gadzinek ciała

Są biegające i zręczne —

Przed nią i przed tym zegarem

Który tam jak koło miesięczne,

Zatrzymany strachem, czarem,

Poznawszy że czas nie płynie

Stał na północnéj godzinie,

Do srebrnego ducha głowy

Podobny, w głębi alkowy,

Przed skazówkami, co sine

Groźnie podniesione w górę,

Pokazywały godzinę,

Na którą Bóg przywiódł naturę,

Łańcuchem trwogi poimał

Krwią przeraził, i zatrzymał,

Przed tym zegarem, co łóżko

Szczerwienione opłomieniał,

I przed tą martwą staruszką,

Któréj trup suchy, skamieniał,

I czarny jak zmyta chusta

Otworzone trzymał usta

Krzyczące gwałt i morderstwo:

Przysiągłem!!! że kawalerstwo

Polskie wygna krew kozaczą!

Że Ukrainki zapłaczą

Na mój miecz, na mego konia

Rzucając klątwy i czary:

Bo ja będę jak miecz kary,

Kosa ścinająca błonia,

Orlica na pół rozdarta

Mająca dwa serca i dzioby;

Człowiek z troistéj osoby,

Z Lacha, z kozaka i z czarta.

Hamuj się Wacpan w zapale

Bo się takie słowa ważą

Srogo, w Bożym trybunale;

A te twoje — Aniołów przerażą.

Jakto? więc ten mord?

Mocanie

Mam siłę — i prawo miecza.

Tam gdzie krwi ohydna ciecza

Znalazłem torban kozaczy;

A na tym były torbanie

Twoje herby.

Co to znaczy?

Śmiałżebyś na mój dom stary

Rzucać jakie podejrzenie?

Nie, ale twoje kotary

I tych lip wiekowych cienie

Może dają cień jakiemu

Zdrajcy słudze.

Biada jemu!...

Bo jeśli go znajdę we dworze,

To mu na karku położę

Regimentarską różeczkę.

Dotknę się go zimną ręką.

Jest posłuch, że sam Tymenko

Kryje się w szlacheckich dworach,

Jak wilk nakryty owieczką:

I w różnych staje kolorach

Przed oczy ma swego ludu,

Siłą rządzący fatalną.

A bunt, podobny do cudu,

Ręką jakąś niewidzialną

Sprawionego, niby owe

Straszne napisy ogniowe

U Babilonii mocarza

Napisane bez pisarza:

Tém okropniéj szlachtę straszy.

Zmażemy ostrzem pałaszy

Te ogniowe dokumenta,

Które lud z czartem jurystą

Piszą ręką ciemną, krwistą...

A tak zmażem że lud popamięta

I przelęknie się naszego pióra.

Gdzież jest Sawo, ta krwawa bandura?

Lirnik ci ją mój, Bajda, pokaże.

Pozazdroszczą mi koronni pisarze

Mego oka w sądzeniu téj sprawy.

Znajdź tu sobie co dziś do zabawy

Bo się trudnić Wacpanem nie mogę.

Jako trąba uderzyłem na trwogę

I podniosłem serce w tym szlachcicu.

Ach dwie gwiazd — ach dwie gwiazdek po licu

Mi zleciało, gdyś mówił o rzezi.

A do jakiéj je przyjąć ferezji?

Co mój chłopku? —

Kiedyż nasze ogłosim wesele?

Dziś kochanko...

Jak sobie podchmielę

Ukraińską wonią, tom gotowa

Przysiądz na to, żem twoją jest żoną.

Sam czart na to jeszcze nie da słowa.

Ach jak głupiąm była i szaloną

Kiedym poszła za ciebie sekretnie.

Kiedyś poszła, uczyniłaś szlachetnie,

Że się przyznać nie chcesz — jesteś Ewą.

A radby ty potrząść drzewo?

Co, bo cierpisz na to srodze

Że nie wiesz jakie ja rodzę

Owoce?

Jabłuszka winne.

Drzewko jestem bardzo czynne

Co dzień w kwiatach jak pochodnia;

Kwiatek nowy rodzę co dnia

Róże, astry i narcysy:

Ale co raz w myślach minie

To już jak napój zakisy

W listeczki się nie rozwinie...

Ach jaka ja byłam głupia

Sekretnie idąc za ciebie!

Gniew się srogi we mnie skupia

Jak piorun.

Pisano w niebie

Że zawsze krzywo osądzę,

Zabłąkam się w zawierusze,

Wpadnę w dół, w lesie zabłądzę,

I wybłąkiwać się muszę.

Héj Xiężniczko na Ostrogu

Czy Panno, czy moja żono:

Pókiś tu na obcym progu

Możesz sobie być szaloną,

Zimną, wzgardliwą, zalotną,

W tęczach od stóp aż do głowy:

Bo wiesz żem człek honorowy,

Wprzód mię na kawałki potną,

Wprzód mi serce w piersiach zjedzą,

Nim się szlachcice dowiedzą

O naszém małżeństwie. Ale

Choć nie mogę w Trybunale

(Boś ty akt ślubny podarła)

Przez adwokackie się gardła

Upomniéć o moje prawa:

Chociaż wiem, że pierwéj muszę

Chłopską z siebie wygnać duszę,

I wysypać ci z rękawa

Me szlacheckie dokumenta:

Proszę cię: ach nie bądź święta!

Nie bądź dla mnie tylko śmiechom,

Małżonki mojej zarysem,

Różą, bławatkiem, narcysem,

I pożądliwości grzechem...

Lecz pamiętaj na mój statek

Na cierpliwość pełną dumy;

I na rzecz miłośnej summy

Wylicz mi dzisiaj zadatek.

Co? mój panie kredytorze?

Posiadam ogniste morze

Pełne pereł i korali,

Które widzę na dnie fali:

Jednéj perły chcę kochana! —

Nie, nic, tylko sama pjana

Dla ciebie, małżonka cieniu.

W djabelskim ja odurzeniu...

Ach raz, ach raz tylko z ciebie

Trysnął płomień iskry Boskiéj...

Kiedy w rycerskiej potrzebie.

Puławskich broniąc odwrotu,

Ranny, w kołysce żydowskiej,

W chmurze świszczącego śrzotu,

Śród dwóch rumaków wiszący,

Kazałem się jako krwawy

Sztandar, w ogień gorejący

Nieść... i krzyczał hasło Sawy:

Gdym jak bachur z tej wyprawy

Gdziem nie jeden dostał siniec,

Przyjechał na wasz dziedziniec

Zawsze w téj kołysce siedząc,

W pokrwawionych na łbie chustach;

Blady — bo przez dwa dni nie jedząc,

Żółty głód miałem na ustach,

Straszny — bom był cały w ranach,

Brudny — bom spał na kurhanach,

Głupi — bom o świecie nie wiedział

I kręciło mi się w głowie;

Śmieszny bom w kołysce siedział;

Hardy — bom nie dbał o zdrowie,

Ni o piękność kawalera:

To wtenczas, ty byłaś szczera

Potulne jak małe kotki;

W zamku u staruszki ciotki

Sama bywało w garnuszku

Warzysz mi kaszę jaglaną;

I widziałem cię, co rano

W zorzach różanych przy łóżku;

Ach i byłbym na kolano

Upadł jak przed Bohomazem.

Pięknym skończyłeś obrazem!

Oszukałem się na tobie.

Oszukaliśmy się razem.

Kiedyż téj okropnéj probie

Koniec położysz?

Pomyślę

I wynajdę coś w umyśle...

Odpowiedź warjatki godną.

Słuchaj... póty będę chłodną,

Jak wąż ci uciekać śliski;

Póty na męża utyski,

Na twe skargi będę głucha,

I będę czysta jak mniszka:

Aż z ręki ognistéj ducha,

Pierścień Świętego Franciszka,

Pierścień z krwawéj kornaliny

Zerwiesz... na koniu tu wjedziesz

I przez drugie zaręczyny

Mnie zaręczoną — rozwiedziesz...

Słowiki na ranek kwilą,

Bądź zdrów.

Bądź zdrowa Sybillo. —

Wymyśla różne przyczyny,

Ucieka się do wykrętów:

Ale serce téj dziewczyny

Chłopstwa się mojego boi.

A utrata dokumentów,

Które mieli ojce moi,

Co ród od Calińskich wiodą,

Jedyną mi jest przeszkodą.

Ach Ukrainę przewrócę,

Kurhany wszystkie rozwalę;

A z dokumentami wrócę.

Ojciec mój w wielkim zapale

Zachmurzony nic nie gada,

Tylko w swoim gabinecie

Poosobno ludzi bada:

A mnie wielki strach napada

Czy to już nie dziewki skarga? —

Ach to ona — list mój w ręku...

Sam jéj widok za serce mię targa...

Ach jak od słowików jęku

Kołysze się cały staw...

Jaka woń tych róż i traw!

Jak leci w usta! — na czoło!

Ach! ach! — jak mi wesoło!

Ach! ach! — jak mi wesoło!...

Nieszczęśliwa, a szczęściem spojona!

Ten listek włożę do łona...

Tutaj w białym w gorseciku

Tu siedź w tajemnym kąciku

Gdzie jedna róża czerwona

Jako lampa zapalona

Rzuca na mnie takie blaski

I tak opłomienia szyję:

Jak dno filiżanki Saskiej

Z której mój gołąbek pije

I cały się zlotem rumieni. —

Ach! ach! ze mną się Leon dziś żeni!...

Ze mną żeni się Leon sekretnie!

Niech mi kto łeb teraz zetnie,

I rzuci Meduzy głowę

Na trzewiczki atłasowe.

Jeszcze nie czas. — Jak ta sina

Gwiazda nad topolą stanie,

To będzie ślubu godzina.

A pod różane zaranie,

Sama wracając z cerkiewki,

Na tém miejscu sobie stanę:

I pomnąc na smutek dziewki,

Na me serce oszukane,

Na wstyd — bom wstydu się bała

Będę z radości płakała.

Szelma ze mnie!

Ach Boże mój!

Dla czego ta noc taka cicha!

Dla czego tych gwiazd taki rój?

Dla czego jedna zda się wzdycha?

A druga leci gdzieś zdaleka?

A trzecia krwawa jak pies szczeka

I na błękitach mi ujada;

A czwarta — ach a czwarta spada,

I nad Gruszczyńcami zgasła.

Ledwie żem z trwogi nie wrzasła

Widząc tę gwiazdę przy zgonie

Jak główkę ducha z oczami. —

Ah jak tam smutno w téj stronie!

Jaka mgła nad Gruszczyńcami!

Każde jéj słowo rozdziera.

Czy tam w domu kto umiera?

Czy kto leży konający?

A ta gwiazda — Anioł złoty

Po duszę przylatujący? —

Ach ach! pełnam trwogi i tęsknoty.

O! słowiczku o! skończ to śpiewanie!

Przez głębokie się wsłuchanie

W powietrze, wsłuchałam w trwogę.

Ach cóż ja? Ja nic nie mogę!

Co się ma stać to się stanie.

Ach jak smętnie, jak mi parno!

Jak mi smętnie! jak mi czarno!

O! stróżu, święty Aniele

Pamiętaj że dziś moje wesele.

Wesele... Ohydna sprawa!

Z Semenką ślub malowany

Przez spitego xiędza dany,

Bez świec, skrycie, potajemnie...

I moje miłośne prawa

Ten chłop zrodzony nikczemnie

Będzie nad nią miał po ślubie...

On podejmie, co ja gubię,

Nie dyament szlifowany —

Ale perłę czystéj rosy:

Nie tęczę — ale jej włosy;

Nie rubin w ogniach różany —

Ale usta jéj — maliny;

Nie strojną w tony gitarę —

Ale czysty głos dziewczyny

Który mu przysięże wiarę,

I dotrzyma gdy przysięże:

A ja co mam? — włosy — węże!

Oczy — jak szatańskie bielma,

Głos — co mówi mi żem szelma,

W sercu ranę i nóż w ranie...

I twarz, którą krew porzuci,

Która na szelmy nazwanie

Jak słonecznik się obróci.

Panie Leon!

Ojciec woła.

Panie Leon!

Tu jestem w altanie.

Jakie grzmiące i ponure wołanie?

Co mój ojcze?

Lud nasz cały do koła

Zbuntowany... mój pop stanął na czele.

Wczoraj noże święcono w kościele.

Czy wiedziałeś że tam takie święto?

A Gruszczyńce...

Co mój ojcze?

Wyrżnięto.

Dom Gruszczyńskich?

Naszych starych sąsiadów..

A wiesz synu, kto zgrają tych gadów

Rządzi wieszli kto Tymeńko się zowie? —

Zgadnij Acan; bo ani ci w głowie

Taka myśl... zgadnij synu kochany? —

Oto kozak twój Semenko, poznany

Po téj krwawéj bandurze.

Chrystusie!!!

Wczoraj napadł w ogrodzie Anusię,

Która niosła mój pierścień z krwawnikiem,

Wyrwał jéj z rąk, i chciał palec nożykiem

Uciąć dziewce, jeżeli zakrzyczy;

Potém kazał nie mówić nikomu,

I ten pierścień tajemniczy,

Święty, uniósł z mego domu,

I będzie nim, łotr wierutny,

Oszukiwał szlachtę małą.

Gdyby zaraz...

Łotr obrótny!

Wyjechawszy na noc całą

Jeszcze mógłbym go dogonić:

Ale musiałbym odsłonić

Moją haniebną intrygę...

I cóż myślisz?

Ojcze drogi...

Ach z czartami wszedłem w ligę!

Ani cofnąć teraz nogi,

Ani wprzód uczynić kroku...

Patrzałem na ciebie z boku...

Waść mi dziwnie zamyślony?...

Ojcze daj mi dwa szwadrony.

Jakto? a twoje wesele?

Jutro czekajcie w kościele

Przyjadę na czas z pierścionkiem.

Idź Waść.

Za moim skowronkiem

I ja stary ptak polecę.

A teraz Bożéj opiece

Polecam mojego ptaka,

Syna mego jedynaka!

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 186 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Rzym (Słowacki)Sen z 30-go na 31-go stycznia 1847 r. →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Sen srebrny Salomei — Akt drugi
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Libro o colección de origen
Sen srebrny Salomei
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-sen-srebrny-salomei-akt-drugi--juliusz-sowacki-20470e
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Sen srebrny Salomei — Akt drugi», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-sen-srebrny-salomei-akt-drugi--juliusz-sowacki-20470e.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. No pedimos datos personales para avisar de una errata; para otra cosa, escríbenos desde Sobre la casa.