Moja Anusiu siądźmy w téj altanie.
Sama się boję chodzić po ogrodzie.
Czy strach Panience?
Powiedz mi czy w modzie
Teraz u ludzi słowików śpiewanie?
Nie Panno, teraz w modzie klawikordy.
Głupiaś! — W zapachu kwiatów są akordy
I różne wielkie na świecie muzyki. —
Powiedz mi, czy dziś w modzie są krwawniki?
Tfu! to horrendum, małéj szlachty kamień.
Więc mi ten pierścień krwawnikowy zamień
Za pierścioneczek chłopski, srebrny, gładki...
A choćby z kilku szkiełek były kwiatki
Weź go i przynieś mi, proszę, do parku...
Jak to? prostego pierścionka z jarmarku?
Skądże Xiężniczce to dziwne zachcenie?
Nie wiem, nie powiem, że miałam widzenie,
Bo widzeń żadnych, ani snów nie miewam;
Choć często bardzo drzémię i poziewam
Łowiąc ustami, jak mówią, skowronka. —
Dla czego ja chcę srebrnego pierścionka? —
Może mię jaki kozak ze snu budzi,
Może ten kamień krwawnikowy nudzi,
Może na palcu krwi kolorem straszy. —
Ach zgub ten sygnet, albo zjedz go w kaszy,
Albo gdzie zamień za pierścień najprostszy.
Panienka moją ciekawość zaostrzy.
Więc zrób z niéj sobie do krosien nożyczki.
Róże i nieśmiertelniczki
To są moje lube kwiaty;
Adonisy i granaty
Lubię i z malw piramidy:
Lecz gdybym mogła z opalów,
Z pereł, brylantów, z koralów
Pleść jak Oceanidy
Wieniec, na zielonéj fali,
Albo z siarki co się pali
Robić powój pasożytny,
I włos długi, rozczesany
Owijać w ten kwiat błękitny,
Palący się, kwiat siarczany;
I pokazać się téj szlachcie
Taką, jaką w myślach jestem:
Nazwaliby mnie azbestem,
I w moim ślubnym kontrakcie
Zawarowaliby sobie.
Że w domu, ognia nie zrobię,
Wioski nie spalę zarzewiem.
Skąd mi ten duch? sama nie wiem...
To wiem tylko, że mię nie to
Bawi, co tych ludzi krwistych,
I że myśli mych ognistych
Mój dowcip jest zdawkową monetą.
Ach Panno, na nasz dziedziniec
Wjechał jakiś Ukrainiec,
Który oczy, serce grzeje,
Swą rzeskością, oka blaskiem,
Widziałam jak przez aleje
Leciał z piorunowym trzaskiem,
A za nim jacyś pohańce
Nieśli, czerwone kagańce,
Podobno — jego lirnicy
Dziady, w ognia błyskawicy
Świecące się jak upiory.
A śród lip, z jego żupana,
Różne lały się kolory,
Niby od Świętego Jana,
O którym Panienka czyta
Widzenie.
A mój pierścionek?
O pierścionek Panna pyta?
Zgubiłam.
Zmów trzy koronek
A odniosą ci go duchy.
A temu co przybył Panu
Jak dać imie?
Zawieruchy
Imie, nazwisko kurhanu,
A przydomek: ludu sława.
Ten Pan, Anusiu, to Sawa.
Sawa? ten syn hajdamaki?
To on wyrżnie nas Panienko.
Chowaj się Anusiu w krzaki
Bo już ciebie ma pod ręką.
Patrz z Regimentarzem idą
I mówią oba o rżnięciu.
Przedstawię ciebie panięciu
Ładnemu...
Ty zaś Cyprydo
Lub Hebe, zaraz nam musisz
Nalać ze srebrzystéj stągwi. —
Jest to wódz lekkiéj chorągwi
Pan Sawa.
Tobie zaś powiem
Że jéj łatwo nie ukusisz,
Bo ją Bóg obdarzył zdrowiem
I dowcipem, więc jest harda,
Jako alabastry twarda.
Nie proś o nic — bo się słowy
Jak wężyk mały wymyka;
I nie wdawaj się w rozmowy
Bo zapomnisz z nią języka.
I nie mów z nią o miłości
Bo doświadczysz z nią trudności,
Bolu głowy, snów gorących,
I takich feber trzęsących
Że świat przeklniesz. — Dodam i to
Że jest z mym Lwem zaręczona.
To fałsz.
Jak to! fałsz? kobiéto!
Zastanów się — ty szalona!
Podstępna znowu jak liszka!
Na sygnet świętego Franciszka
Przysięgam żeś mi przyrzekła.
Sygnet rzuciłam do piekła.
Kto mi go wyrwie z płomieni
I odda, ten się ożeni.
Widzisz... fantastka dziewczyna!
Idzie za mojego syna
Ale się jeszcze z tém chowa.
Cóż ty na to? ani słowa?
Cóż?
Jaśnie Wielmożny Panie
Winszuję.
Chodź! chodź, przy dzbanie...
Tak nie można — nie można na sucho...
W sercu mi teraz tak głucho
I tak ciemno, żem nie do kieliszka...
Na świętego przysięgam Franciszka,
Że ci serce to, wnet rozweselę.
Krwi dziś widziałem tak wiele!
Takie straszne nieboszczyki!
Taki mord i takie zbrodnie!
Że przez całe dwa tygodnie
Z obrzydzeniem na jadło popatrzę;
Pomnąc na te sine chłopczyki
Na jakim one teatrze
Zakrwawionym czyniły horory...
Co? widziałeś wyrżnięte gdzie dwory?...
Gruszczyniecki.
Ach co mówisz mi Wasan?...
Gruszczyńskiego chłop na wszystko rozpasan,
Przez jakiegoś obcego człowieka
Podżegnięty, wyrżnął całą rodzinę...
I przed mieczem, w step ciemny ucieka...
Ja tu mam na respekcie dziewczynę...
Więc z rodzeństwa ta jedna została.
Jakto? cały dom?...
Rodzina cała,
Bez litości, w pień wymordowana...
Proszę proszę Wielmożnego Pana —
Mam panienkę tu jego dorosłą —
Trzeba - aby się to nie doniosło
Do jéj uszu...
Nikt o tém nie powie,
Bom chorągwi zakazał surowie
Szerzyć strachu...
I widziałeś dom cały? —
Biedny ojciec! —
O słońca zachodzie
Widząc że mi koń mój biały
Utyka, a Ukraińce
Zmęczeni, kazałem w chłodzie
Na górze skąd widać Gruszczyńce
Rozłożyć się obozowi:
Sam zaś ku temu domowi
Obrócony; na te ściany
Patrząc podupadłe, stare:
Choć dom był zorzą różany,
Choć lipy i pola jare
W słoneczném błyszczały złocie,
Choć... ach dotąd jeszcze śledzę?
Czemu ja w takiéj tęsknocie
Patrzałem na kwietną miedzę
Idącą przez żyta wzgórki;
Na te łany i służebne
I pańskie, gdzie wróblów chmurki
Niby harfy szare, srebrne
Ważąc się przez błękit blady
Ulatywały na sady,
W korony śliw i czerechów;
Niby harfy pełne śmiechów,
Szmerów, świegotań i głosów. —
Patrząc na te morza kłosów,
Drzewa, miedzę: wyznać muszę
Że snów miałem pełną duszę,
Widzeń miałem pełne oczy.
Zdało mi się że ów dworek
Powietrze błękitne broczy;
Że wróble jakiś paciorek
Nad ta kalwaryjską stacją,
Jakiś smętny Anioł Pański,
Jakąś smętną suplikacją
Śpiewają do Panny Marji.
Zostawiwszy więc powstański
Huf pasący stepów trawę,
Sam wziąłem kilku z rajtarji,
I uczyniłem wyprawę,
Rekonesans na dwór Lacha.
A jeśli przyznam się kiedy
Żem w głąb serca wpuścił stracha; —
Ja — co na czele czeredy
Rzucał się na działa, smoki,
I na spisach brał pod boki
Żywe ruskie kanoniery,
I z ich bladéj, strasznéj cery
Chorągwie czynił straszliwe
Okiem łyskające, żywe,
Z śmiertelnych ludzi zrobione —
To wyznam, że strach miał oczy
Większe i bardziéj czerwone,
Że mój włos, jak wicher smoczy,
Wchodzącemu w to pustkowie
Wyżéj podniósł się na głowie.
Niechaj Pan Jaśnie Wielmożny
Wystawi sobie ów domek,
Taki cichy i pobożny.
Od Nimf Laszych, ekonomek,
Ubrany w cebuli wianki,
W malowane na papierze
Obrazki, miedziane dzbanki,
Cynowe misy, talerze
Na policach tak błyszczące
Około ścian jak miesiące
Czarodziejskie, Rusałczane:
Teraz, wszystko krwią zbryzgane
Co uniknęło grabieży.
Trupy ludzkie bez odzieży
I na ziemi i na łóżkach,
Na krwią ociekłych poduszkach;
Dziatki porąbane srodze
I na ceglanéj podłodze
Porzucone, i z puchówek
Pierze śnieżące podłogi.
Sama Pani — widok srogi! —
Dziateczki swoje bez główek
Za nóżki zimne, zielone
Trzymała; ach jedną raną
Zabita; bo otworzone
Miała żywota świątnice,
I straszną płodu zamianą —
(Jasne stepowe xiężyce
Biorę was za krwawe świadki!)
Że łono téj Polskiéj matki
Od strasznego nożów cięcia
Wyszło, na łono szczenięcia,
I stało się psią mogiłą;
Bo i szczenie martwe było
Na dnie martwego żywota!
Ojczyzno moja! o złota
Ojczyzno moja kochana!
W matkach twoich zarzynana!
I gubiona w matek płodzie!
Jeśli mój żywot na wschodzie
Czego wart? to Bóg to widzi
Że go składam na ofiarę;
I wszelką żywota marę
Składam — aż to co mię wstydzi
We mnie, krew moja kozacza
Wypłynie sotkiem strumieni,
I na węże się przemieni,
I ślady swe powytłacza
Mordem, ogniami i jadem:
A ja wtenczas wpadnę na nią
I zewrę się jak gad z gadem;
Aż stepy się rozkurbanią,
Zniknie czar, co łby podchmiela,
Prawosławna wira zgaśnie;
A we mnie, jak w niszczyciela,
Na jakim starym kurhanie
Stojącego, piorun trzaśnie.
Straszne to ofiarowanie
I ciała i mego ducha —
Bo i we mnie zawierucha
I krwi strasznéj słychać granie,
Bo miesiąców pozłacanie
Ja znam także w myśli ciemnéj,
Bo ja także duch, tajemnéj
Pełny myśli, o przeszłości:
Lecz to votum, nie śród gości
Nie przed szlachtą, przy kielichu,
Zrobił ja, ale po cichu
Tam, w jednéj wielkiéj konacie,
Przed babką rodu, co biała
Za firankami siedziała
W alkowie w ponocnéj szacie,
Jakoby Furja tajemna,
Dawno już głucha i ciemna;
A teraz, na ten mord smoczy
I krwotok z ciemnéj alkowy
Wytrzeszczająca te oczy:
Tak, jak gdyby przed nią głowy
Dziateczek z włoski złotemi
Krwawe, biegały po ziemi,
Strasząc ją razem i bawiąc:
Jak gdyby im błogosławiąc
Oczyma się podziwiała,
Że one gadzinek ciała
Są biegające i zręczne —
Przed nią i przed tym zegarem
Który tam jak koło miesięczne,
Zatrzymany strachem, czarem,
Poznawszy że czas nie płynie
Stał na północnéj godzinie,
Do srebrnego ducha głowy
Podobny, w głębi alkowy,
Przed skazówkami, co sine
Groźnie podniesione w górę,
Pokazywały godzinę,
Na którą Bóg przywiódł naturę,
Łańcuchem trwogi poimał
Krwią przeraził, i zatrzymał,
Przed tym zegarem, co łóżko
Szczerwienione opłomieniał,
I przed tą martwą staruszką,
Któréj trup suchy, skamieniał,
I czarny jak zmyta chusta
Otworzone trzymał usta
Krzyczące gwałt i morderstwo:
Przysiągłem!!! że kawalerstwo
Polskie wygna krew kozaczą!
Że Ukrainki zapłaczą
Na mój miecz, na mego konia
Rzucając klątwy i czary:
Bo ja będę jak miecz kary,
Kosa ścinająca błonia,
Orlica na pół rozdarta
Mająca dwa serca i dzioby;
Człowiek z troistéj osoby,
Z Lacha, z kozaka i z czarta.
Hamuj się Wacpan w zapale
Bo się takie słowa ważą
Srogo, w Bożym trybunale;
A te twoje — Aniołów przerażą.
Jakto? więc ten mord?
Mocanie
Mam siłę — i prawo miecza.
Tam gdzie krwi ohydna ciecza
Znalazłem torban kozaczy;
A na tym były torbanie
Twoje herby.
Co to znaczy?
Śmiałżebyś na mój dom stary
Rzucać jakie podejrzenie?
Nie, ale twoje kotary
I tych lip wiekowych cienie
Może dają cień jakiemu
Zdrajcy słudze.
Biada jemu!...
Bo jeśli go znajdę we dworze,
To mu na karku położę
Regimentarską różeczkę.
Dotknę się go zimną ręką.
Jest posłuch, że sam Tymenko
Kryje się w szlacheckich dworach,
Jak wilk nakryty owieczką:
I w różnych staje kolorach
Przed oczy ma swego ludu,
Siłą rządzący fatalną.
A bunt, podobny do cudu,
Ręką jakąś niewidzialną
Sprawionego, niby owe
Straszne napisy ogniowe
U Babilonii mocarza
Napisane bez pisarza:
Tém okropniéj szlachtę straszy.
Zmażemy ostrzem pałaszy
Te ogniowe dokumenta,
Które lud z czartem jurystą
Piszą ręką ciemną, krwistą...
A tak zmażem że lud popamięta
I przelęknie się naszego pióra.
Gdzież jest Sawo, ta krwawa bandura?
Lirnik ci ją mój, Bajda, pokaże.
Pozazdroszczą mi koronni pisarze
Mego oka w sądzeniu téj sprawy.
Znajdź tu sobie co dziś do zabawy
Bo się trudnić Wacpanem nie mogę.
Jako trąba uderzyłem na trwogę
I podniosłem serce w tym szlachcicu.
Ach dwie gwiazd — ach dwie gwiazdek po licu
Mi zleciało, gdyś mówił o rzezi.
A do jakiéj je przyjąć ferezji?
Co mój chłopku? —
Kiedyż nasze ogłosim wesele?
Dziś kochanko...
Jak sobie podchmielę
Ukraińską wonią, tom gotowa
Przysiądz na to, żem twoją jest żoną.
Sam czart na to jeszcze nie da słowa.
Ach jak głupiąm była i szaloną
Kiedym poszła za ciebie sekretnie.
Kiedyś poszła, uczyniłaś szlachetnie,
Że się przyznać nie chcesz — jesteś Ewą.
A radby ty potrząść drzewo?
Co, bo cierpisz na to srodze
Że nie wiesz jakie ja rodzę
Owoce?
Jabłuszka winne.
Drzewko jestem bardzo czynne
Co dzień w kwiatach jak pochodnia;
Kwiatek nowy rodzę co dnia
Róże, astry i narcysy:
Ale co raz w myślach minie
To już jak napój zakisy
W listeczki się nie rozwinie...
Ach jaka ja byłam głupia
Sekretnie idąc za ciebie!
Gniew się srogi we mnie skupia
Jak piorun.
Pisano w niebie
Że zawsze krzywo osądzę,
Zabłąkam się w zawierusze,
Wpadnę w dół, w lesie zabłądzę,
I wybłąkiwać się muszę.
Héj Xiężniczko na Ostrogu
Czy Panno, czy moja żono:
Pókiś tu na obcym progu
Możesz sobie być szaloną,
Zimną, wzgardliwą, zalotną,
W tęczach od stóp aż do głowy:
Bo wiesz żem człek honorowy,
Wprzód mię na kawałki potną,
Wprzód mi serce w piersiach zjedzą,
Nim się szlachcice dowiedzą
O naszém małżeństwie. Ale
Choć nie mogę w Trybunale
(Boś ty akt ślubny podarła)
Przez adwokackie się gardła
Upomniéć o moje prawa:
Chociaż wiem, że pierwéj muszę
Chłopską z siebie wygnać duszę,
I wysypać ci z rękawa
Me szlacheckie dokumenta:
Proszę cię: ach nie bądź święta!
Nie bądź dla mnie tylko śmiechom,
Małżonki mojej zarysem,
Różą, bławatkiem, narcysem,
I pożądliwości grzechem...
Lecz pamiętaj na mój statek
Na cierpliwość pełną dumy;
I na rzecz miłośnej summy
Wylicz mi dzisiaj zadatek.
Co? mój panie kredytorze?
Posiadam ogniste morze
Pełne pereł i korali,
Które widzę na dnie fali:
Jednéj perły chcę kochana! —
Nie, nic, tylko sama pjana
Dla ciebie, małżonka cieniu.
W djabelskim ja odurzeniu...
Ach raz, ach raz tylko z ciebie
Trysnął płomień iskry Boskiéj...
Kiedy w rycerskiej potrzebie.
Puławskich broniąc odwrotu,
Ranny, w kołysce żydowskiej,
W chmurze świszczącego śrzotu,
Śród dwóch rumaków wiszący,
Kazałem się jako krwawy
Sztandar, w ogień gorejący
Nieść... i krzyczał hasło Sawy:
Gdym jak bachur z tej wyprawy
Gdziem nie jeden dostał siniec,
Przyjechał na wasz dziedziniec
Zawsze w téj kołysce siedząc,
W pokrwawionych na łbie chustach;
Blady — bo przez dwa dni nie jedząc,
Żółty głód miałem na ustach,
Straszny — bom był cały w ranach,
Brudny — bom spał na kurhanach,
Głupi — bom o świecie nie wiedział
I kręciło mi się w głowie;
Śmieszny bom w kołysce siedział;
Hardy — bom nie dbał o zdrowie,
Ni o piękność kawalera:
To wtenczas, ty byłaś szczera
Potulne jak małe kotki;
W zamku u staruszki ciotki
Sama bywało w garnuszku
Warzysz mi kaszę jaglaną;
I widziałem cię, co rano
W zorzach różanych przy łóżku;
Ach i byłbym na kolano
Upadł jak przed Bohomazem.
Pięknym skończyłeś obrazem!
Oszukałem się na tobie.
Oszukaliśmy się razem.
Kiedyż téj okropnéj probie
Koniec położysz?
Pomyślę
I wynajdę coś w umyśle...
Odpowiedź warjatki godną.
Słuchaj... póty będę chłodną,
Jak wąż ci uciekać śliski;
Póty na męża utyski,
Na twe skargi będę głucha,
I będę czysta jak mniszka:
Aż z ręki ognistéj ducha,
Pierścień Świętego Franciszka,
Pierścień z krwawéj kornaliny
Zerwiesz... na koniu tu wjedziesz
I przez drugie zaręczyny
Mnie zaręczoną — rozwiedziesz...
Słowiki na ranek kwilą,
Bądź zdrów.
Bądź zdrowa Sybillo. —
Wymyśla różne przyczyny,
Ucieka się do wykrętów:
Ale serce téj dziewczyny
Chłopstwa się mojego boi.
A utrata dokumentów,
Które mieli ojce moi,
Co ród od Calińskich wiodą,
Jedyną mi jest przeszkodą.
Ach Ukrainę przewrócę,
Kurhany wszystkie rozwalę;
A z dokumentami wrócę.
Ojciec mój w wielkim zapale
Zachmurzony nic nie gada,
Tylko w swoim gabinecie
Poosobno ludzi bada:
A mnie wielki strach napada
Czy to już nie dziewki skarga? —
Ach to ona — list mój w ręku...
Sam jéj widok za serce mię targa...
Ach jak od słowików jęku
Kołysze się cały staw...
Jaka woń tych róż i traw!
Jak leci w usta! — na czoło!
Ach! ach! — jak mi wesoło!
Ach! ach! — jak mi wesoło!...
Nieszczęśliwa, a szczęściem spojona!
Ten listek włożę do łona...
Tutaj w białym w gorseciku
Tu siedź w tajemnym kąciku
Gdzie jedna róża czerwona
Jako lampa zapalona
Rzuca na mnie takie blaski
I tak opłomienia szyję:
Jak dno filiżanki Saskiej
Z której mój gołąbek pije
I cały się zlotem rumieni. —
Ach! ach! ze mną się Leon dziś żeni!...
Ze mną żeni się Leon sekretnie!
Niech mi kto łeb teraz zetnie,
I rzuci Meduzy głowę
Na trzewiczki atłasowe.
Jeszcze nie czas. — Jak ta sina
Gwiazda nad topolą stanie,
To będzie ślubu godzina.
A pod różane zaranie,
Sama wracając z cerkiewki,
Na tém miejscu sobie stanę:
I pomnąc na smutek dziewki,
Na me serce oszukane,
Na wstyd — bom wstydu się bała
Będę z radości płakała.
Szelma ze mnie!
Ach Boże mój!
Dla czego ta noc taka cicha!
Dla czego tych gwiazd taki rój?
Dla czego jedna zda się wzdycha?
A druga leci gdzieś zdaleka?
A trzecia krwawa jak pies szczeka
I na błękitach mi ujada;
A czwarta — ach a czwarta spada,
I nad Gruszczyńcami zgasła.
Ledwie żem z trwogi nie wrzasła
Widząc tę gwiazdę przy zgonie
Jak główkę ducha z oczami. —
Ah jak tam smutno w téj stronie!
Jaka mgła nad Gruszczyńcami!
Każde jéj słowo rozdziera.
Czy tam w domu kto umiera?
Czy kto leży konający?
A ta gwiazda — Anioł złoty
Po duszę przylatujący? —
Ach ach! pełnam trwogi i tęsknoty.
O! słowiczku o! skończ to śpiewanie!
Przez głębokie się wsłuchanie
W powietrze, wsłuchałam w trwogę.
Ach cóż ja? Ja nic nie mogę!
Co się ma stać to się stanie.
Ach jak smętnie, jak mi parno!
Jak mi smętnie! jak mi czarno!
O! stróżu, święty Aniele
Pamiętaj że dziś moje wesele.
Wesele... Ohydna sprawa!
Z Semenką ślub malowany
Przez spitego xiędza dany,
Bez świec, skrycie, potajemnie...
I moje miłośne prawa
Ten chłop zrodzony nikczemnie
Będzie nad nią miał po ślubie...
On podejmie, co ja gubię,
Nie dyament szlifowany —
Ale perłę czystéj rosy:
Nie tęczę — ale jej włosy;
Nie rubin w ogniach różany —
Ale usta jéj — maliny;
Nie strojną w tony gitarę —
Ale czysty głos dziewczyny
Który mu przysięże wiarę,
I dotrzyma gdy przysięże:
A ja co mam? — włosy — węże!
Oczy — jak szatańskie bielma,
Głos — co mówi mi żem szelma,
W sercu ranę i nóż w ranie...
I twarz, którą krew porzuci,
Która na szelmy nazwanie
Jak słonecznik się obróci.
Panie Leon!
Ojciec woła.
Panie Leon!
Tu jestem w altanie.
Jakie grzmiące i ponure wołanie?
Co mój ojcze?
Lud nasz cały do koła
Zbuntowany... mój pop stanął na czele.
Wczoraj noże święcono w kościele.
Czy wiedziałeś że tam takie święto?
A Gruszczyńce...
Co mój ojcze?
Wyrżnięto.
Dom Gruszczyńskich?
Naszych starych sąsiadów..
A wiesz synu, kto zgrają tych gadów
Rządzi wieszli kto Tymeńko się zowie? —
Zgadnij Acan; bo ani ci w głowie
Taka myśl... zgadnij synu kochany? —
Oto kozak twój Semenko, poznany
Po téj krwawéj bandurze.
Chrystusie!!!
Wczoraj napadł w ogrodzie Anusię,
Która niosła mój pierścień z krwawnikiem,
Wyrwał jéj z rąk, i chciał palec nożykiem
Uciąć dziewce, jeżeli zakrzyczy;
Potém kazał nie mówić nikomu,
I ten pierścień tajemniczy,
Święty, uniósł z mego domu,
I będzie nim, łotr wierutny,
Oszukiwał szlachtę małą.
Gdyby zaraz...
Łotr obrótny!
Wyjechawszy na noc całą
Jeszcze mógłbym go dogonić:
Ale musiałbym odsłonić
Moją haniebną intrygę...
I cóż myślisz?
Ojcze drogi...
Ach z czartami wszedłem w ligę!
Ani cofnąć teraz nogi,
Ani wprzód uczynić kroku...
Patrzałem na ciebie z boku...
Waść mi dziwnie zamyślony?...
Ojcze daj mi dwa szwadrony.
Jakto? a twoje wesele?
Jutro czekajcie w kościele
Przyjadę na czas z pierścionkiem.
Idź Waść.
Za moim skowronkiem
I ja stary ptak polecę.
A teraz Bożéj opiece
Polecam mojego ptaka,
Syna mego jedynaka!